wtorek, 28 lipca 2015

Zły Człowiek - Jarosław Kowal

Herbata: Irlandzka wiśnia (czarna)

Nie wszystkie książki, które posiadam, kupiłam osobiście. Niektóre dostałam w prezencie (a tych wiele, niestety, nie ma), niektóre pożyczyłam do przeczytania, a niektóre… cóż, udało mi się wygrać. Tak było też z książką, o której dzisiaj piszę.
Książkę „Zły człowiek” Jarosława Kowala wygrałam w zeszłym roku (kwiecień 2014) w giveawayu Goodreads First Reads zorganizowanym na portalu Goodreads. Nie jest to pierwsza książka zdobyta przeze mnie w ten sposób, ale na pewno pierwsza napisana w języku polskim. Trochę mi zajęło wzięcie się za nią, ale zrzucam to na fakt, że od zeszłego roku moje zbiory książkowe powiększyły się bardzo mocno, a i posiadanie kindle’a i pobyt za granicą raczej nie ułatwiały tej sprawy. Dopiero użycie mojego magicznego kubeczka z losami powiedziało mi, że muszę tę książkę przeczytać. I zaczęłam. W kwietniu tego roku.

„Zły Człowiek” to debiut literacki Jarosława Kowala, działacza kulturowego z Trójmiasta. Został wydany przez Wydawnictwo Novae Res i taki oto opis można znaleźć na ich stronie:
„Z muzyki łatwiej umierać, niż żyć, czego przykładem jest Jacek – pasjonat przymuszony do „wstrzeliwania” się w tematykę grantów i utrzymywania towarzyskich kontaktów z działaczami, których skrycie nienawidzi. Manifestacja frustracji skutkuje wykluczeniem go ze „środowiska kulturalnego”, ale klęska zawodowa nie jest najdotkliwszą w życiu Jacka. Właśnie został ojcem, rozstał się z matką syna, nie może poskładać niejasno określonych w czasoprzestrzeni relacji z mężczyznami i kobietami, a na każde ważne pytanie odpowiada sobie „nie wiem”. Ratunku szuka w psychoterapii, ale dostaje jedynie kolejny pretekst do ucieczki przed życiem. Można by pomyśleć, że to głos pokolenia, ale dla Jacka nie istnieje żadne pokolenie, tylko zbiór przypadkowych, zapatrzonych w siebie osób – złych ludzi, takich jak on.”
Brzmi interesująco, trochę intrygująco i przede wszystkim – z opisu dalej nie wiesz, o co może chodzić w tej książce. Ale za to jaka ciekawa okładka! Tak, okładka swoją prostotą jest w stanie zdobyć moje serce. A jestem łasa na ładne okładki.

Pisząc o „Złym Człowieku” nie mogę nie wspomnieć, że w dużej mierze został sfinansowany przy pomocy crowdfundingu na portalu PolakPotrafi.pl – samo wydawnictwo zresztą daje możliwość współfinansowania wydania swojej książki, dzięki czemu autor zachowuje swobodę dysponowania dziełem. Tak przynajmniej wynika z informacji na stronie. Przyznam, że idea finansowania społecznościowego bardzo do mnie przemawia, bo to zwykli ludzie, użytkownicy/czytelnicy (czy przyszli, czy dotychczasowi) pomagają zadecydować, czy chcą, by dana rzecz przez nich współfinansowana ujrzała światło dzienne, i jak bardzo taki pomysł im się podoba. Taka pomoc od ludzi dla ludzi. Ale ja tu nie o tym.
Okej, idę po herbatę, po na trzeźwo recenzji nie napiszę.
Dzisiaj zalewam tę o wdzięcznej nazwie Irlandzka Wiśnia. (Kiedyś Irlandię odwiedzę). Czarna cejlońska, z hibiskusem, wiśnią i czarną porzeczką. O ile pamiętam, bo po zakupie nie zachowałam całej etykietki. Pachnie jak wiśniówka, procentów ma o wiele mniej, ba, chyba nawet wcale (bo z wiśniami nigdy nic nie wiadomo), ale zawsze można poudawać. Czy irlandzka? Nie byłam, więc się nie wypowiem – no, chyba że chodzi tu o ich pociąg do bycia na lekkim rauszu. Zapach w każdym razie przepiękny. I przed zaparzeniem, i po zaparzeniu. Uwielbiam. Słodkawy, wiśniowy, rumowy. Czekajcie, rumowy? No okej.
Siorbię ją co jakiś czas i choć najbardziej wydaje się nadawać na lekką pluchę czy inny letni deszczyk, tak nie przeszkadza mi jej picie o każdej porze, w każdej postaci. Parzona do trzech minut ma (podobno) właściwości pobudzające, do pięciu – relaksujące, ale jedno wam powiem: wyjmijcie liście po zaparzeniu (ja używam zaparzaczek z Ikei, więc z wyjmowaniem łatwiej), bo robi się gorzkawa i trochę traci na smaku (ale nie na aromacie!). Przepyszna na zimno! Skąd wiem? Bo jak ją zaparzyłam, tak o niej zapomniałam i właśnie ją piję, chłodną. Co wrażliwszym polecam lekko dosłodzić, można wzbogacić smak – a przynajmniej tak mi się wydaje, bo ja słodzonych herbat zdzierżyć nie mogę.
Teraz krótko, dlaczego ten rodzaj? Książka Jarosława Kowala zawiera wiele historii z życia Jacka, głównego bohatera, będącego trójmiejskim muzykiem bodajże jazzowym, i alkohol w tych historiach pojawia się równie często, co muzyka, więc przewrotnie na to patrząc, herbata z aromatem przywodzącym na myśl wiśniówkę i rum, pasuje idealnie. Chociaż ostateczny powód podam też na końcu.

„Zły Człowiek” to nie jest książka na jedno posiedzenie. Nie przeczę, że można ją przeczytać jednym tchem – zapewne znajdą się takie osoby – ba!, przez pierwsze strony wręcz się leci, jednak ma tyle zagmatwań, zawirowań i rozważań filozoficzno-intelektualnych, że trzeba sobie zrobić od niej przerwę raz na jakiś czas. Brak podziału na jawne rozdziały, skakanie w czasie jak na sinusoidzie, chwilowe przeskoki w rodzaju narratora, tylko potęgują wrażenia.
W tej książce nie ma prostej linii czasowej, łatwego do przewidzenia ciągu przyczynowo-skutkowego. Raz czytamy o niemal trzydziestoletnim mężczyźnie z problematyczną sytuacją rodzinną, który stara się zrozumieć siebie korzystając z usług terapeuty, innym razem o młodym chłopaku z kryzysem własnej seksualności, by w następnym momencie przeskoczyć do nastolatka przeżywającego okres dojrzewania. Taka achronologiczność, choć na początku zaskakująca i wybijająca z rytmu, dodaje tej książce uroku, bo nigdy nie spodziewasz się, o czym przeczytasz następnie. Ale też nie jesteś pewny, do czego ta książka prowadzi.
Autor Jacek, będący narratorem tej historii, potrafi skrzętnie przechodzić z kwestii najprostszych, prozaicznych, związanych z seksem, seksualnością czy zwykłą, dziecięcą kupą, do myśli egzystencjalnych, traktujących o wszechświecie i zmieniających sposób pojmowania doczesnego życia. I wszystko to zachowując styl, jakby opowiadał tę historię w liście do znajomego. Bądź terapeucie. Ogólnie, w pewnym momencie miałam wrażenie, że główny bohater choruje na lekką odmianę schizofrenii. Albo po prostu jego świat jest tak pokręcony, że zdrowie psychiczne po prostu przestało się opłacać.
Tempo książki raz przyspiesza, raz zwalnia, czasem nie wiesz, co może się przydarzyć, co jak zakończyć, by w następnej chwili teatralnie przewrócić oczami. Niektóre historie ociekają satyrą, sarkazmem wymierzonym w polską kulturę i sztukę, głównie tę trójmiejską, pokazują sposób traktowania człowieka-artysty „od kuchni”. Inne z kolei to przykład prozy życia zwykłego śmiertelnika: mówi o pojawiających się i zanikających uczuciach, o osobach, które są, a później gdzieś przepadają.
Jaki jest temat książki? Nie jest z góry jasno określony. Chociaż początkowo może się wydawać, że to życie, ja odniosłam wrażenie, jakby ta cała książka, to była podróż po tym lekko schizofrenicznym, pogmatwanym umyśle narratora. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać do końca, aby zrozumieć, o czym jest. I żeby móc samemu przemyśleć niektóre kwestie, które ona porusza.
Myśląc o treści, nie mogę nie wspomnieć, że podobały mi się bardzo życiowe stwierdzenia, co jakiś czas pojawiające się w książce. Właściwie przysparzały mi one najwięcej frajdy. Pierwsza perełka prawie na początku (a trafiłam na nią czytając na przystanku), na widok której zaświeciły mi się oczy, i każda kolejna im dalej zagłębiałam się w treść.

Perełką literacką bym jej nie nazwała, no, chyba że ktoś ma równie (lub bardziej) pokręcony sposób myślenia jak Jacek. Albo trochę jak ja, ponieważ wiele tematów poruszanych, omawianych, wspominanych przez głównego bohatera jakoś do mnie przemawiało. No dobra. Nie tyle miały na to wpływ tematy, co bardziej myśli i sposób postrzegania świata. „Zły Człowiek” wymaga od czytelnika niejakiego skupienia, bo nie jest to typowa fikcja literacka. Czytając ją ma się wrażenie, że czyta się o życiu samego autora. W ogóle, wg profilu na PolakPotrafi.pl, książka jest traktowana jako dzieło multibiograficzne, nie tylko posiadające wątki z życia samego autora, ale też z życia jego znajomych, przyprószone fantazjami.
Rozmawiając na temat książki Kowala z innymi, wśród rozmów przewinęło się porównanie jej do utworów Wiesława Myśliwskiego. Mój problem z porównaniem pojawia się jednak w tym, że sama nie miałam okazji przeczytać książek tamtego autora, a z kolei osoba, z którą wspólnie wysnułyśmy ten wniosek, nie czytała jeszcze „Złego Człowieka”. Taki impas, bo żadna z nas nie może potwierdzić swoich przypuszczeń.
Gdybym miała umiejscowić „Złego Człowieka” w jednym gatunku literackim, miałabym nie lada problem. Może wpływ na to miałaby niewystarczalność polskich terminów, ale w gruncie rzeczy też sama treść książki. Chociaż sądzę, że najbliżej jest jej do Kreatywnej Literatury Faktu (jakoś angielski odpowiednik brzmi przystępniej: Creative Non-Fiction), czy też Literatury Poważnej, ale i tak nie byłabym tego pewna.
Długo się przymierzałam do oceny i samej recenzji książki. Bo żeby ją ocenić, musiałam na nowo przemyśleć to, o czym przeczytałam. Nie powiem, część wątków zatarło mi się w pamięci, książkę odkładałam z uczuciem spełnienia obowiązku, co jednak nie znaczy, że nie wywarła na mnie swoistego wrażenia. Mój ulubiony moment pojawił się przy końcu, jakieś 30 stron od ostatniej kartki, a ostatnie pięć-dziesięć stron wywołało lekki uśmiech na twarzy, bo moim zdaniem było dość mocnym podkreśleniem całej konstrukcji i bardzo umocniło opowiedziane historie. Zdecydowanie nie jest to książka na raz i zdecydowanie nie jest to książka dla bardzo młodego, nieświadomego czytelnika.
Przypuszczam, że gdybym trafiła na „Złego Człowieka” wcześniej, pewnie leżałby niedokończony na półce lub w najciemniejszym kącie mojego pokoju. To po części jak z dzisiejszą herbatą – jeśli nie wyjmiesz w porę fusów, możesz przejechać się na smaku, tak tu, jeśli zaczniesz ją w złym momencie, możesz całkowicie minąć się z jej przekazem.

Ile kubków? Trzy pełne i trzy czwarte czwartego. Ocena była trudna, ale przemyślana, i przez długi czas niższa, niż obecnie. I jeśli to był debiut, to Kowal w miarę wysoko postawił sobie poprzeczkę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz