środa, 23 września 2015

Player One - Ernest Cline

Herbata: Ognie jesieni (czarna)

Bierzesz do ręki kubek ulubionej herbaty, chwytasz książkę zarekomendowaną ci przez przyjaciela z nadzieją, że ta nie okaże się bublem, że będziesz mieć podobne wrażenia i odczucia, co ta osoba. Szczególnie, że niełatwo było ją zdobyć, kupiłaś ją w ciemno, ściągałaś z Wrocławia. Oglądasz okładkę, którą znasz w innej postaci z Internetu; tamta nie podeszła ci do gustu, kojarzyła się, nie wiedzieć czemu, z wojną, a nie stosami samochodów – a wojna nie jest tematem, który lubisz, wiesz o tym od czasów „Kamieni na Szaniec”. Ta wersja, którą trzymasz w ręku, przywodzi ci z kolei na myśl „Rok 1984” Orwella; jest prosta, czerwono-żółta, z samym tekstem na froncie, labiryntem na grzbiecie. Otwierasz na pierwszej stronie i zaczytasz czytać. I wsiąkasz. Wsiąkasz na całego.
W taki sposób mogłabym opisać początek mojej przygody z książką Ernesta Cline’a pt. „Player One”. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, kiedy ją zaczynałam. No dobra, może po części, bo miałam o niej mgliste pojęcie po tym, jak zarekomendowano mi angielską wersję; parędziesiąt sekund później znalazłyśmy w czeluściach Internetu jej egzemplarz w języku polskim, w cenie tak śmiesznej, że aż głupio mówić. Ale ja tu nie będę pisać o przygodach, jakie miałam z tą książką. Będę pisać o książce i o tym, dlaczego musicie ją przeczytać, jeżeli choć część życia spędziliście w latach dziewięćdziesiątych bądź dziwnym trafem zapałaliście miłością do starych filmów z lat osiemdziesiątych z Johnem Cusackiem, Matthew Broderickiem, czy też tych autorstwa Johna Hughesa. To dla osób, które w czasach swojej młodości zagrywały się na Commodore, strzelały do kaczek na Pegasusie czy próbowały swoich sił w Pinballu.
„Player One” ukazał się w Polsce w roku 2012, nakładem wydawnictwa Amber. Co do tego wydawnictwa, to często mam mieszane uczucia do oprawy graficznej wydawanych przez nich książek, ale w tym wypadku nie mogli spisać się lepiej.